• Document: Danka Braun. Historia pewnego narzeczeństwa
  • Size: 2.32 MB
  • Uploaded: 2019-01-13 10:27:45
  • Status: Successfully converted


Some snippets from your converted document:

Danka Braun Historia pewnego narzeczeństwa PROLOG Zima 2014 Kościół pękał w szwach. Oczy wszystkich utkwione były w sylwetki państwa młodych. Krzysiek Orłowski, ubrany w czarny smoking, prezentował się wyjątkowo dobrze. Wysoki, o zgrabnej posturze i twarzy amanta filmowego był ucieleśnieniem sennych marzeń każdej romantycznej dziewczyny. Piękna narzeczona w ślubnej sukni prezentowała się równie olśniewająco. W pierwszej ławce siedziała najbliższa rodzina pana młodego. Renata z rozrzewnieniem patrzyła na syna. Jak to się stało, że z małego, rozwrzeszczanego bobaska wyrósł taki piękny mężczyzna, pomyślała z nostalgią. Wydawało się, że było to wczoraj, gdy pielęgniarka pokazała jej Krzysia zawiniętego w becik, a przecież od tego czasu minęły już dwadzieścia cztery lata. Po lewej stronie Roberta niespokojnie kręciła się niespełna trzynastoletnia Iza. Rozglądała się z zaciekawieniem po kościele, obserwując zebranych gości. - Iza, nie wierć się - Renata Orłowska zwróciła córce uwagę. - Tatku, kiedy się zacznie? Na co czekamy? - Na czcigodnego księdza proboszcza - odparł Robert. - Wytrzymaj córeczko, weź ze mnie przykład. Ja też nie mogę się doczekać, aż usiądziemy za stołem, żeby się wreszcie napić weselnej okowity, ale jestem grzeczny i nie kręcę się na ławce tak jak ty. - Ciszej - syknęła Renata. - Pouczam naszą córkę, że warto być cierpliwym. Iza, magik jest niesamowity. Widziałem jego numer z kartami, mówię ci: ekstra. Wytrzymajmy jeszcze godzinkę tych kościelnych tortur, a będziemy nagrodzeni... - Zamilkł, widząc groźną minę żony. Zawsze się nudził w kościele. Nie potrafił skupić się ani podczas kazania, ani w czasie tego całego kościelnego obrządku. Niekiedy przychodził okazjonalnie na mszę, żeby zrobić przyjemność żonie. Teraz również chcąc zabić czas oczekiwania, rozglądał się po świątyni. Jego oczy przez chwilę zatrzymały się na postaci młodej blondynki w okularach, klęczącej przy bocznym ołtarzu. Było w niej coś znajomego. Wytężył pamięć, starając się przypomnieć, skąd może ją znać. Zaraz przestał jednak rozmyślać o dziewczynie, bo nadszedł ksiądz. Rozpoczęła się uroczystość. Robert, patrząc na Krzyśka, westchnął głośno. Jak ten czas szybko leci. Niedługo zostanie dziadkiem, a przecież niedawno Krzysiek był mały. Doskonale pamięta dzień, kiedy pierwszy raz ujrzał syna. Wtedy jeszcze nie wiedział, że jest jego ojcem. Cofnął się myślami kilka lat. Zaczął wspominać lata szkolne syna i jego wczesną młodość... Renata usiłowała słuchać słów księdza, ale również nie mogła się skupić. Jej myśli biegły do pewnego sierpniowego dnia, od którego to wszystko się zaczęło... do dnia, kiedy Krzyś przyprowadził swoją dziewczynę. Renata. Lato 2008 Kończyły się wakacje, był ostatni tydzień sierpnia. Oboje, ja i Robert, odpoczywaliśmy. Zmęczeni... ale zaspokojeni. Siedzieliśmy na świeżo kupionym narożniku, przytuleni do siebie. Robert bawił się moimi włosami, a ja z twarzą wtuloną w niego wdychałam zapach jego skóry, dezodorantu i wody kolońskiej. Uwielbiałam tę mieszankę aromatów, działała na mnie jak najlepszy afrodyzjak. Narożnik został kupiony nie do naszej sypialni, tylko do kuchni. Robert postanowił go „ochrzcić". Ostatnio mój mąż lubił się kochać nie w sypialni, ale w różnych innych miejscach, na przykład takich, jak kanapa w salonie, biurko w jego gabinecie czy kuchenny stół... Nawet zamontował zasuwkę w drzwiach wejściowych, żeby ktoś z domowników nie nakrył nas in flagranti. Nie sprzeciwiałam się jego erotycznym zachciankom - zawsze to lepsze niż viagra. Jeśli miał ochotę na małe urozmaicenia, chętnie na nie przystawałam, ponieważ nie ma nic gorszego dla małżeństwa niż przyzwyczajenie i nuda w pożyciu sek- sualnym. Wychodziłam z założenia, że najlepsze efekty w sterowaniu mężem kobieta odnosi za pomocą, hm, jego penisa - to taki joystick w damsko-męskiej rozgrywce. Już Basia Wołodyjowska o tym wiedziała, i wszystkie trudne sprawy wymagające zgody pana Michała załatwiała w alkowie, a nie w izbie biesiadnej. Może ta zasada nie dotyczy wszystkich mężczyzn, ale mojego na pewno. - Kto pojedzie po Izę? - zapytałam Roberta. - Krzysiek. Dzwonił, że odbierze ją z McDonalda. Urodziny Patryka miały skończyć się o osiemnastej. - Spojrzał na mnie. - Dzwonił Woźniak. Wprosił się na jacht, też chce z nami pożeglować w sobotę. O rejsie dowiedział się od Adama. Co ty na to? - Woźniak mi nie przeszkadza. No i pożyczył mi przecież pieniądze. Mam nadzieję, że nie przyprowadzi Anki. - Zachmurzyłam się. Wspomnienie o byłej stażystce mojego męża nie należało do przyjemnych. - Przyjedzie sam. - Robert szybko zostawił temat Anki. - Szkoda, że kończy się lato. To chyba ostatni rejs w tym sezonie. - Może wrzesień będzie ładny? - Nagle przypomniała

Recently converted files (publicly available):