• Document: Ziele na kraterze. Wańkowicz Melchior
  • Size: 1.74 MB
  • Uploaded: 2018-12-07 12:04:31
  • Status: Successfully converted


Some snippets from your converted document:

Wańkowicz Melchior Ziele na kraterze Kiełkowanie. Wielkopolskie niemowlęctwo. Najpierw był embrion. Potem było w łonie matki zamknięte pulsujące Ŝycie. Wreszcie był dziecinny pokój — świat nie do ogarnięcia w całym swoim ogromie, całej niespoŜytej róŜnorakości. Dla opanowania tego pokoju przebyć dopiero trzeba było całe epoki poprzez rozróŜnianie poszczególnych sprzętów. Nim się ogarnęło dziw nad dziwy — kończenie się miękkości dywanu i poczynanie się twardości podłogi, uchylanie się jednego, z lekka poznanego świata i ukazywanie się drugiego, absolutnie nierozpoznawalnego, którym było wnętrze szafy po rozwarciu się drzwi, nim się opanowało wstrząs, jakim jest odbicie w lustrze, i zupełnie przechodzące pojęcie zjawisko szyby, po której z tamtej strony łazi mucha — dumną opoką, z której szły dzień w dzień te wspaniałe podboje, było głębokie łóŜeczko, kolebusia, obciągnięta kretonem, mieszcząca w sobie zasiedziałe sprawy: kołderkę, przyjemnym ciepłem podpełzającą pod brodę, ściankę kolebusi, łaskawym cieniem wstającą między oczkami, zapuchającymi na sen a dalekim mŜeniem nieznanej lampy, sztucznego kota z obcmoktanym ogonem. To łóŜeczko — ląd stały, prowincja pierwsza, z której powstaje imperium Ŝycia, brania wypadowa w awanturę świata zewnętrznego — pozostaje przez długie lata dziecinne czymś mającym znaczenie nadnaturalne. Jeśli w tym czymś nadnaturalnym zdarzy się jakiś ewenement, jest on przyjmowany z maksimum wzburzenia: takim jest zasiusianie prześcieradła, kiedy się juŜ wyawansowało do wysadzania na nocniczek, wetknięcie się nagłe psiej głowy za siatkę, wtargnięcie konika polnego, spadnięcie w nocy poduszki na podłogę. Bezradność dramatycznego powiadamiania Mamy, śpiącej obok: „Mama — paduśka zgubiła się”, jest równie alarmistyczna, jak na przykład byłby pewnego dnia komunikat, Ŝe znikły kopalnie węgla i juŜ odtąd będzie zimno. ŁóŜko — czasem zdradzało. Matka, wróciwszy późno, zastawała dwie skostniałe figurki śpiące na kołdrach. PołoŜyły się tak, Ŝeby nie zasnąć i doczekać Mamy. Licha tam!... Zdradziło i wciągnęło łóŜeczko. Mama to rozumie — ten związek z łóŜkiem. Mama jest duŜa — opanowała juŜ nie tylko dręczącą zagadkę muchy za szybą, jest nie tylko bez ceremonii z wnętrzem szafy, ale przemierzyła lądy, od których w głowie się mąci. A i teraz jednak, kiedy dozna krzywdy od „Olbzyma” — smyka do łóŜka. „Olbzym”, którego korci własna niegodziwość, po chwili pyta dosyć niepewnym głosem: — Co ty tam robisz? — Siedzę sobie — odpowiada głos z łóŜka-fortecy. Jest w tym zaznaczenie skrzywdzenia, anons, Ŝe pozycje są ufortyfikowane, ale Ŝe istnieje gotowość do pertraktacji. To łóŜeczko dziecinne — to był pierwszy cypel nowego Ŝycia, wynurzającego się z topieli, rozpoczynanego w mieszkaniu na trzecim piętrze warszawskiej kamienicy czynszowej na Elektoralnej. Front kamienicy zajęty był przez sklep gotowych ubrań pana Segała; w oknach sklepu stały zabójcze brunety z wosku w tandetnych ubraniach; w bramie pyszniły się gabloty pana Piekacza, fotografa, który miał pracownię w podwórzu; okna naszego mieszkania wychodziły na toŜ samo zaplute podwórko, na którym chrypiały zaropiałe dziady; mieszkanko to na trzecim piętrze nie miało windy, elektryczności, łazienki, miało za to pluskwy o Ŝelaznych zasadach i ubikację zrujnowaną. Było zimno. Na opał nie było nas stać. Przed urodzeniem pierwszego dziecka matka jego została poraŜona nieszczęściem: w lipcu 1919 roku polegli w odstępie trzytygodniowym jej jedyni, nad wszystko ukochani bracia. Jako starsza siostra w domu, który za ich wczesnego dzieciństwa odumarła matka, była ich opiekunką. Teraz, kiedy powstawała Polska i zdawało się, Ŝe rozpocznie się nowe Ŝycie, zabrakło ich. Kiedy Krysia wreszcie przyszła na świat w tym zimnym mieszkaniu na Elektoralnej, matka jej nie była zdolna do Ŝycia. Przenosząc dziecko do przewijania, trzymała je kurczowo w obawie, Ŝe wypadnie... przez okno. Problemat wygotowania butelki, ugotowania kaszy, kaŜdy element realnego świata był skomplikowaną nad siły czynnością. Świat ten przesiąkał brzydotą. Na pierwsze miejsce wypychała się ohydna wysiedziana zielona kanapa, na której trzeba było słać wieczorem pościel dla męŜa. Przy mijaniu manekinów pana Segała, gablot pana Piekacza, naleŜało wyrobić w sobie całą skomplikowaną dyscyplinę — niewidzenia. Ratunki nikłe były i słabe: batik zielony, ukająjący lampę... hejnał z wieŜy straŜackiej w koszarach Mirowskich... tani kwiatek od przekupki za pobliską śelazną Bramą. I dziecko nie było zdolne do Ŝycia. Konało z przeŜyć matki i nie mogło oddychać w tym świecie. Dusiło się. lekarze mówili — „astm

Recently converted files (publicly available):